Uwielbiam takie dni jak wczorajszy.
Wiatr, najlepiej chlodny, deszcz.
Tylko w takie dni łzy niezauważalnie zlewają się z natury łazawiącymi oczami.
W domu czuję się nieswojo, pod stałą obserwacją. A przecież człowiek potrzebuje wylać swoje emocje, aby szybciej przejść do porządku dziennego.
Gdy przez przypadek zdarzy mi się w domu przeżywać chwile słabości, z miejsca jestem zasypywana pytaniami różnej treści.
Takie dni jak wczoraj dają ten niesamowity komfort znajdowania jasnych usprawiedliwień co do swojego wyglądu, bo nie oszukujmy się, nie jest on najlepszy.
Jako, że mam opsesję na punkcie poznawania siebie, chciałabym w skrócie opisać mój proces izolacji...
W chwilach ogromnego stresu (wywołanego zazwyczaj tym, że podejmuję się zbyt wielu zadań, z których nie zawsze udaje mi się-pomimo ogromnych starań- wywiązywać) zaczynam powoli zamykać się w sobie i tworzyć w okół siebie otoczkę. Każdy kto w danym momencie odważy się ją przekroczyć narażony jest na wybuch z mojej strony... wybuch lub pogardę. Dopiero po czasie zaczynają mnie dręczyć wyrzuty sumienia, wiem, że zachowałam się niewłaściwie, że mogłam kogoś przypadkowo skrzywdzić. Zamknięta w swoim małym swiecie, bałaganem w głowie przestaję myśleć racjonalnie (co zwyczajnie nie sprawia mi problemów), o wiele więcej czasu zajmuje mi zaanalizowanie danego faktu.
Co mnie stresuje? na pewno niespodzianki. niespodzianki, które burzą wszystko co sobie wcześniej zaplanowałam i nad czym tak sumiennie pracowałam. Stresuje mnie brak adrenaliny, zbyt dużo wolnego czasu (to dziwne bo w zasadzie wolnego czasu nie mam prawie w ogóla a i tak jest on dla mnie uciążliwy), ograniczenie... i najbardziej... mam chyba jakąś manię prześladowczą, wydaje mi się że cały czas ktoś mnie obserwuje, czasem z przyzwyczajenia oglądam sie za siebie, czasem może za często.
Tyle z moich dotychczasowych wniosków.
Zaczynam psychicznie zdrowieć... a przynajmniej mam taką nadzieję